|
Sipadan | Coron, Filipiny | Komodo i Flores | Bali | Layang-Layang Rekiny Młoty | Galeria Sipadan | Galeria Coron
W Clerk,
na lotnisku używamym przez Air Asia, wylądowaliśmy chwilę przed
południem. Okazało się, że Manila jest 90 km od lotniska – ok. 1,5
godziny jazdy samochodem. Do stolicy można się dostać również autobusem,
ale mieliśmy na tyle dużo bagaży, że zdecydowaliśmy się na taksówkę,
która nie wyszła dużo drożej, niż bilet komunikacji zbiorowej: za busa
dla 8 osób zapłaciliśmy 3900 Piso. Na lotnisku wymieniliśmy rówież
pieniądze, po świetnym, jak się później okazało, kursie.

Z okien
busa oglądaliśmy Manilę. Zrobiła na nas wstrząsające wrażenie, mimo, że
jesteśmy przyzwyczajeni do widoku azjatyckich slumsów. Domy sklecone z
mieszaniny kijów i mat bambusowych, blachy falistej i sznurka, budowane
wprost jeden na drugim, niewyobrażalny brud, ludzie oddający mocz wprost
na ściany „kamienic”, dzieci bawiące się, śpiące i jedzące tuż przy
jezdni, sklepy, w których stoją rzędy napojów w plastikowych butelkach,
jajka i nic poza tym. Gdzieniegdzie nad dachami piętrzą się wieżowce i
kopuły kościołów, głównie katolickich. Wyróżniają się dwa
najpopularniejsze środki transportu: jeepney’e, spadek po armii
amerykańskiej, wydłużone i pomalowane w niezliczone wzory „autobusy”
oraz trójkołowe riksze, rowerowe lub skuterowe, w których pasażer siedzi
z boku pojazdu.

Kilka
minut po 13. dotarliśmy do recepcji hotelu „Pearl” – wieżowca, w którym
recepcja znajdowała się na 9. piętrze. Windziarka miło się przywitała i
zapisała nasz „kurs” na trzymanym na kolanach formularzu. Zastanawiałam
się kto i po co każe robić jej te idiotyczne zapisy?
W
recepcji dowiedzieliśmy się, że meldunek zacznie się o 14.
Postanowiliśmy coś zjeść. Część osób postawiła na lokalną kuchnię, część
odwiedziła swojskiego McDonalda a ja zostałam w hotelowej restauracji
(kto mnie do tego podkusił, nie wiem), żeby spożyć wątpliwej świeżości i
smakowitości obiad.
O 14.
pojawiliśmy się na 9. piętrze. Okazało się, że wszyscy musimy okazać
paszporty, następnie wypełnić druk meldunkowy i zdeponować 1000 Piso
tytułem zabezpieczenia przed zdemolowniem pokoju. Wydawanie kluczy i
cały proces kwaterowania trwał 25 minut i towarzyszyła temu atmosfera
powagi, jakbyśmy co najmniej otrzymywali przydział mieszkania w latach
80. w Polsce.

Resztę
popołudnia spędziliśmy zwiedzając Intramuros, manilską „starówkę”.
Zrobiliśmy sobie długi spacer wzdłuż ładnych kamieniczek. Czułam się,
jakbym cofnęła się do czasów kolonialnych. Przed zachodem słońca
zdążyliśmy zwiedzić jeszcze fortyfikacje i wróciliśmy do hotelu.

Wieczór
spędziliśmy w dość przyjemnym miejscu przy rondzie Remedios, dookoła
którego rozsiane są przeróżne restauracyjki – zarówno lokalne jak i
europejskie. Drogę powrotną postanowiliśmy przebyć nadziemnym metrem. Do
stacji oddalonej o ok. 500 metrów podjechaliśmy tutejszą rikszą za 40
Piso. Przy wejściu do stacji strażnik oznajmił nam, że w niedzielę metro
jest czynne tylko do 21. Zamiast więc wydać po 12,5 Piso za bilet na
metro, pojechaliśmy jeepney’em za 7,5 Piso i za 10 minut byliśmy przy
naszym hotelu. Zasnęliśmy bardzo szybko, ponieważ następnego dnia
umowiliśmy się w recepcji o 4:30.

Ostatni
etap podróży do Coron przelecieliśmy malutkim turbośmigłowcem. Wreszcie
wylądowaliśmy na tropikalnej, ładnej wyspie.

Bitą
drogą jechaliśmy kolejne 45 minut i przywitaliśmy się w centrum
nurkowym. Miejsce wydawało nam się urocze i egzotyczne: mały hotelik
zbudowany na palach i przytulna atmosfera przypadła wszystkim do gustu.
My jednak zarezerwowaliśmy sobie noclegi gdzie indziej – na sąsiedniej
wysepce, gdzie zbudowano bungalowy. Miejsce okazało się strzałem w
dziesiątkę: cisza, spokój, piękny widok na morze i wodna, bezpłatna
taksówka ilekroć chcieliśmy płynąć do „miasta”.

W dzień
przylotu od razu chcieliśmy nurkować, więc po szybkim meldunku (tym
razem bez kserowania paszportów) przebraliśmy się i wsiedliśmy na łódź.

Nurkowania odbywają się z łodzi, która z zewnątrz przypomina budową
trochę katamaran a trochę dużego pająka wodnego: środkowa część łodzi
jest po obu stronach ustabilizowana płozami zrobionymi z bambusa. Dzięki
temu bardzo stabilnie trzyma się na powierzchni wody, ma dużą wyporność
i jest stosunkowo szybka. Dwa rzędy drewnianych, szerokich ławek,
ustawionych wdłuż obu burt, po środku miejsce na butle. Przy dziobie
mini pokład słoneczny a na rufie toaleta. Na łodzi nie ma bieżącej wody,
ale poza tym jest wygodnie. Kapitan jest sternikiem, kucharzem i
chłopcem okrętowym jednocześnie.
Pierwsze
nurkowanie: wrak Iraco Maru. Woda o temperaturze 270C
wydawała nam się bardzo zimna. Dobrze, że zabrałam ze sobą kaptur.
Widoczność: ok. 10 metrów. Tu nie przekracza kilkunastu. Teraz już wiem,
dlaczego nie ma panoramicznych, podwodnych zdjęć tutejszych, ponad
stumetrowych wraków J

Na
począku bałam się wpływać do wewnątrz – olbrzymie ładownie wydawały mi
się ciemnymi pieczarami, których mroku nie rozświetli nawet najlepsza
latarka. Ale myliłam się i gdy raz odważyłam się wpłynąć do wraku, stało
się to moją ulubioną częścią nurkowania.

W ciągu 4
dni obejrzeliśmy 6 największych wraków: Iraco, Kongyo, Akitushima,
Okikawa, Olimpia, Tamei Maru. Wszystkie są wielkie: mają 114 – 146
metrów długości. Leżą na na stępce („pionowo”) lub na burcie („bokiem”).
Płynąc na zewnątrz łatwo zauważyć dziury po pociskach, które przeszywały
okręt na wylot, zostawiając postrzępiony kraniec. Z wraku Akitushima
Maru, który leży „na boku” wystaje długi na ponad 30 metrów dźwig,
służący niegdyś do podnoszenia łodzi latającej. Olbrzymia, długa krata,
przez którą można przepływać robiąc „ósemki”, niknie w toni.

Każdy z
okrętów kryje niezwykłe przestrzenie pod pokładem: pomieszczenia dla
załogi, ładownie, wnętrza pieców, szyby wentylacyjne. Wpływa się w
pozornie ciemną przestrzeń i nagle okazuje się, że latarka nie jest
konieczna. Prześwietlone od góry lub z boku, wysokie lub niskie pokłady,
długie drabiny, rury, kraty, okna. Kompletna cisza.

Gdzieniegdzie widok z okna na toń lub na inny element statku, porośnięty
koralem i oświetlony słońcem jest tak zachwycający, że chciałoby się
zostać tu na dłużej. To zupełnie inny krajobraz, różny od tych, które do
tej pory oglądałam pod wodą. Wszystko w 3 wymiarach; przemieszczam się z
poziomu na poziom jak duch nawiedzający stare zamczysko. Setki nurków
było tu przede mną, a jednak wydaje mi się, że jestem tu pierwsza.
Znajduję stary odbiornik radiowy. Widać pokrętła i kawałki drutów. W
innym miejscu przewrócony traktor daje się rozpoznać wyłacznie po
wystającej z góry worków z cementem ośmiornicy. Stos kilkumetowych pali
z nawiniętą na nie siatką zbrojeniową.

Wraki
mają od dawna nowych mieszkańców: strzępiele, skrzydlice, pojedyncze
żółwie, troszkę kolorowych ryb rafowych, ślimaki nagoskrzelne. W toni:
żółte snappery, tuńczykowate, barakudy. Trochę muszli, ukwiałów,
idealnie zgrywających się z nieco ponurą, mistyczną atmosferą wraków.

Niektóre
wraki są tak wielkie i mają tyle do zaoferowania, że trzeba zanurkować
na nich co najmniej kilka razy, żeby obejrzeć wszystko. Stosunkowo
nieduże głębokości pozwalają na stosowanie nitroxu, który wydłużył czas
przebywania pod wodą i umożliwił lepszą penetrację okrętów. Zdecydowanie
polecam takie rozwiązanie.

W ostatni
dzień zrobiliśmy sobie wycieczkę nadwodną: zwiedzaliśmy urocze laguny a
na koniec wykąpaliśmy się w ciepłych źródłach.

Płynąc do
źródeł zmokliśmy od deszczu i byliśmy zmarznięci, więc kąpiel w 40
stopniowej wodzie wywoływała jęki zachwytu. Wieczorem zaokrętowaliśmy
się na promie. Podpłynął do przystani taki wielki wieżowiec a my jak
małe mróweczki wtłoczyliśmy się na pokład. Poczułam się jak na Titaniku,
mijając pokład z piętowymi pryczami, ustawionymi na korytarzu. My
wykupiliśmy kabiny średniej klasy, 4 osobowe i jak się okazało – z
łazienką i tv. Całkiem nieźle. Prom płynął do Manili 12 godzin. Tuż
przed zacumowaniem załoga portowa ustawiła się w trójszeregu i
zaprezentowała całkiem ciekawy układ taneczny w rytm piosenki
dyskotekowej „Push the botton”. Byłam zaskoczona taką formą przywitania
i jednocześnie pełna uznania dla talentów artystycznych chłopców
portowych.

Prawie
natychmiast jak dotnkęliśmy stopą stały ląd, zostaliśmy złowieni przez
taksówkarza, który zaoferował zawiezienie naszej ósemki na lotisko za
opłatą 500 Piso. Wtłoczył nas wszystkich (i wszystkie bagaże) do 6
osobowej furgonetki, gdzie poczuliśmy się jak puszkowane sardynki w
sosie własnym (dodam, że klimatyzacja nie działała sprawnie). Wolałam
nie patrzeć na jezdnię, ale chcąc nie chcąc zauważyłam, że kierowca
jedzie z zaciągiętym hamulcem ręcznym, co nie wróżyło dobrze układowi
hamulcowemu tegoż pojazdu. Dotarliśmy jednak bezpiecznie na lotnisko i
tam udało nam się kupić bilety do Kuala Lumpur i do Bangoku.Gdy
znalazłam się na pokładzie samolotu Thai Airways i usłyszałam znajomo
brzmiący tajski, poczułam się bezpiecznie. Wracając na Phuket, wracałam
przecież do domu J.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z WYPRAWY
Zapoznaj się z ofertą wyprawy na
Filipiny
DO GÓRY
|