|
Mindanao - największa po Luzonie wyspa Filipin jest najdalej wysuniętą na południe prowincją Filipin. Prowincja oddaje wiele z lokalnego uroku. Dostępna jest komunikacja lotnicza z Manili lub Cebu do wszystkich opisywanych poniżej rejonów co powoduje, że jest tu wbrew pozorom łatwiej dotrzeć (i bardziej komfortowo) niż choćby do najbliższego od Manili nurkowiska - Puerto Galera.
Północna część wyspy prawie styka się z Leyte oferując bardzo zbliżone nurkowania w rejonie wysepek Dinagat i Camiguin tyle że nie spotyka się tu tak masowo rekinów wielorybich jak na Leyte. Można także nurkować w rejonie Dipolog, skąd można przedostać sie na najlepsze w rejonie nurkowania na Siquijor. Tyle, że taka operacja nie bardzo ma sens, gdyż należący adminstracyjnie do Wizajów Siquijor jest znacznie łatwiej dostępny z rejonu Damaguette (wyspa Negros) co bynajmniej nie wynika z mapy.
Zachodnia część w Rejonie miasta Zamboanga to bastion islamu na Filipinach przekształcający się w kierunku zachodnim w Autonomiczny Region Muzułmanów Mindanao ARMM. Przed postawieniem nogi w tym rejonie ostrzegają wszelkie przewodniki, aczkolwiek porwania zdajażają się tu tylko sporadycznie i mimo, że włos się trochę jerzy na głowie to aby oddać porównanie - niektórzy z naszych czytelników odwiedzają Warszawską Pragę nawet po zmroku. Napewno warto odwiedzić z nurkowego punktu widzenia wyspę Tawi Tawi, która jest jednym z nielicznych miejsc na świecie gdzie gigantyczna populacja żółwi nie tylko nie jest chroniona lecz stanowi znaczny składnik pożywienia. Skórzaste żółwie jaja wysysane na wpół ugotowane są tutaj codziennym afrodyzjakiem lokalesów, a także (z braku zbyt wielu opcji) prawie nie spotykanych tutaj - białych turystów. Organizacja nurkowań (znalezienie kompresora) w tym rejonie stanowi spore wyzwanie, a pozostała logistyka nie mniejsze, ale nietknięte rafy i powszechne lęgowiska żółwi warte są poniesionych nakładów i trudów podróży, które warto zmniejszyć lecąc maleńkim śmigłowym samolotem na trasie Zamboanga - Bongao.
Południowa część to przede wszystkim obrzeża wyspy Samal i Talikud położone w zatoce Davao. Można nurkować także w rejonie General Santos. Nurkowania w zatoce Davao obsługiwane są przez trzy centra nurkowe z Davao, gdzie da się mieszkać w lekko obskurnych hotelikach miejskich. Można także zatrzymać sie na wyspie Samal w ekskluzywnym resorcie Pearl Farm, i być obsługiwanym przez centra "z miasta". Nurkowiska są specyficzne - z jednej strony nietknięte koralowce, piekne o dużym bogactwie i urozmaiceniu. Z drugiej strony - nie ma ryb większych od dłoni. Wszystkie zostały wysadzone w powietrze. "Łowienie" ryb przy użyciu materiałów wybuchowych jest tu wciąż praktykowane. Między nurkowaniami do naszej banki dopływają dwie łupiny. Dzielny wioślarz jednej z nich - porusza z zawodową wprawą pagajem stabilizowanym między palcami nóg pod wodą. Ma mniej więcej pięć lat, a brat siedziący okrakiem na niby-dziobie, może kilka więcej. Widać że to on jest szefem - w jednej ręce trzyma jeszcze mokre perły, które skądś wydobył, a w drugiej już gotowe naszyjniki i drobną bizuterię. Na szyi ma maskę maresa, i biegle targuje się po angielsku. Z radością odserwuję gdy szepta coś do brata, nie muszę znać języka Tagalog by zrozumieć, co mówi. Cieszę się ich szczęściem z niespodziewanego wpływu, który pozwoli podzielić się pewnie z resztą rodzeństwa a może i rodzicami i odpływam z drobnym prezentem dla Gosi.
W zatoce leży wrak japońskiego transportowca z czasów wojny - Sagami Maru z pełnymi ładowniami motocykli, ciężarówek i zaopatrzenia dla wojska. Znalazłem nawet człowieka który chciał mnie na niego zaprowadzić. Na oko sześćdziesięcioletni Mario żył wiele lat z tego wraku, wyciągając z niego wszystko co miało jakąkolwiek wartość, używając sprzętu nurkowego, który chętnie użyłbym do dekoracji centrum nurkowego. Drewniane płetwy z sznurowaniami z bambusa zrobiły na mnie największe wrażenie. Zupełnie nie rozumiał, gdy po długich rozmowach nie zdecydowałem się penetrować z nim wraku położonego na ponad 70 metrach w rekreacyjnym sprzęcie na powietrzu. Muszę przyznać że runtime, który proponował robił wrażenie 10 minut na dnie w ładowniach, 10 minut na pokładzie, równo rozłożona dekompresja dopełnia czas do 90 minut pod wodą. Powiedział że to dobry profil, kiedyś jak był młody robił 2-3 takie nurkowania dziennie, potem nauczył synów tego samego. Wspólnie zrobił jak mówi napewno 1000 nurkowań według tego samego profilu na tym samym wraku. Kiedyś wojskowi nurkowie powiedzieli mu że taki profil będzie dobry, sprwdzał go przez lata bez wypadku. Pytałem go o DCS, mówił że wie co to jest i że chyba nigdy jak dotąd nie miał he he he
Davao jest jednak miejscem gdzie nurkowanie może być co najwyżej dodatkiem do "czegoś innego". Tym czymś może być wulkan Apo, centrum rehabilitacji orłów, albo po prostu chęć zobaczenia filipińskiej prowincji. Jedzenie w Davao jest inne niż na centralnych Filipinach, je się tutaj bardzo dużo surowych owoców morza podawanych w japońskim stylu. Kinilaw - coś podobnego do Sashimi z tuńczyka jest serwowane z rzepą, świerzymi ogórkami i limonką w mocno octowej zalewie. Raj w gębie bez dwóch zdań. Innym lokalnym przysmakiem jest pieczone w całości młodziutkie prosię, rąbane na kawałki na oczach klienta. Nie zdobyłem się na pigleta z rusztu bo naprzeciw smażalni był targ, skąd słychać było skowyt tych czekających na swoją kolej, zawiniętych w zielone bambusopodobne łodygi, które stanowiły jednocześnie unierchomienie kończyn i nawilżenie wraz z ochroną przed słońcem by piglet nie upiekł się zbyt wcześnie od palącego słońca. Brud na ulicach Davao nie ma sobie równych chyba nawet w Manili. Dzieci brudne bardziej niż to jest możliwe, prosiaki, obdrapane riksze, waleczne koguty przywiązane drutem do kartonowych pudeł po telewizorze, napadający sprzedawcy "czegokolwiek", świerzo rozkrojony durian na sprzedaż wprost z chodnika i hałdy śmieci z myszkującymi w nich lokatorami przemieszczają sie jak w kalejdoskopie.
Pojade dalej - General Santos. Autobus czy pożyczyć auto? w końcu znalazłem rozklekotaną Hondę z 280 tys przebiegu, za ludzkie pieniądze i zdecydowałem się na ten wariant, chcąc odwiedzić po drodze trudno osiągalne w inny sposób sanktuarium orłów a także z braku czasu podjechać choćby pod stoki wulkanu Apo. Miałem mapę a jednak pobłądziłem, kochany iphone z gpsem bardz się przydał, miejscowi prawie nie rozumieją angielskiego, a kompletny brak wykształcenia dopełnia problemu. Nie miałem szczęścia pakując się na kontrolę policyjną, która nie mogła sobie podarować takiego kąska jak biały. Idiotyczne dyskusje, o moich "złych" tablicach rejestracyjnych nie wzrucszyły mnie. Oświadczyłem, że nie mam paszportu ani pieniędzy bo zostały w hotelu. Chcieli mi zabrac prawo jazdy - powiedziałem "dobrze", chcieli mi odkręcić tablice, to już nie wytrzymałem, podałem gościowi kluczyki I powiedziałem, zeby sobie zabrali samochód bo to z wypożyczalni I nie zgadzam się na odkręcanie czegokolwiek i że mają mnie zawieźć z powrotem 50km do hotelu bo nie mam jak wrócić bez pieniędzy i samochodu. Policjant jak oparzony cofnął się przed kluczykami i 3 minuty później już chciał zostać moim friendem. Uff... Jade dalej z tablicami, prawem jazdy i błogosławieństwem na drogę według świętego Krzysztofa udzielonym przez patrol drogówki Philippine National Police, które jak się okazuje chroni mnie skutecznie przed kolejnymi kontrolami.
Sanktuarium dla niesprawnych orłów, stacja dokarmiania, a przede wszystkim miejsce inkubacji jaj orlich przypomina niestety za bardzo ZOO. Znajduje za to ślady "naszych" na płytkach chodnikowych - "cegiełkach" orlej fundacji ktoś wpisał się po polsku. Zaczyna padać, robię szybko kilka zdjęć orłów i jadę dalej. Niestety wulkan Apo tonie w chmurach więc ten element odpuszczam. Podróż i tak jest ciekawa, jedzenie po drodze, czy widok ulicznych sprzedawców trzymających ogromne tuńczyki w rękach daje mi nadzieję na nurkowanie wreszcie z jakąś większą rybą. Poszukiwania jedynego centrum nurkowego w General Santos nie są łatwe, kierowca trójkołowca zarzekając się, że rozumie o co mi chodzi dowozi mnie kolejno do supermarketu gdzie "napewno mają te rzeczy do nurkowania", zakładu naprawy jakichś (ale nie nurkowych) sprężarek, a w końcu do sklepu gdzie są kapoki i koła ratunkowe. Wymiękam. Internet, kolejni kierowcy stracone dwie godziny krążenia. Znajduje maleńki resort. Nikogo nie ma, widze nareszcie butle ale za zamknięta kratą. Wołam bez skutku przez kwadrans, chodząc po otwartym hoteliku w jądrze ciemności. Nagle pojawia się właściciel - Anglik nie spodziewał się tak późno (17:45) już nikogo, a ponieważ od wielu godzin nie ma prądu więc poszedł spać J Spędzamy z Chrisem wieczór na rozmowach o filipińskiej polityce wyłączania prądu w mieście na conajmniej 6 godzin dziennie. To zapewne przedwyborcza gra, każdy z kandydatów obiecuje, że "znajdzie i ukarze odpowiedzialnych za złe gospodarowanie energią, tak by lud miał należny mu prąd" Unikam skojarzeń i przy kolejnym piwie dowiaduje się że wybory będą już za rok.
Jednak jak się dowiedziałem - nie zanurkujemy razem, skoro on ma dwóch klientów na intro a ja z kolei chce nurkować gdzieś indziej niż na plaży. Znajduje się jednak rozwiązanie - w okolicy mieszka amerykanin, który podobno umie nurkować. John chętnie godzi się na nurkowanie ze mną, w zamian za opłacone z góry butle z powietrzem i miejsce na wyczarterowanej od jego znajomych łódeczce. Robimy trzy nurkowania u ujścia zatoki, jakieś 30 km na południowy zachód od Santos gdzie docieramy całkiem nową furgonetką Johna. Nurkowiska są niezłe, silne prądy i pionowe ściany są pełne ryb. Może nic spektakularnego ale porównując do Davao czuje się jak w akwarium. Jedno z nurkowisk przylega do maleńkiej plaży, która jest własnością mojego przewodnika. Jestem pod wrażeniem jak doskonałe nurkowisko można mieć tuż obok domu, który prędzej czy później tutaj powstanie. To zależy w znacznej mierze od biznesu Johna - handlu tuńczykami. John przyjechał na Filipiny 28 lat temu w ramach jakiejś akcji charytatywnej PESCO po ukończeniu średniej szkoły w Waszyngtonie. Poznał kobietę no i został. Niewiele opowaiadał o tym jak żył przed laty. Dziś ma maleńką firmę zajmująca się skupem i wysyłką świerzego tuńczyka. 50 osobowy zespół skóruje i patroszy ryby bezpośrednio na targu, a następnie pakuje do specjalnych pojemników z suchym lodem, które 24 godziny później lądują na lotniskach w Los Angeles, Berlinie, Zurichu i Londynie. John mówi nieskromnie, że ostatnie dwa lata naprawde dobrze zarabia, czego efektem są trzy córki na studiach w Manili no i jego nurkowe hobby. Rozmowy między nurkowaniami stają się coraz ciekawsze. Rozmawiamy o polityce, uczciwości, ekologii i czym popadnie. W końcu pokazuje mi efekty swojego hobby - na jakiś magicznych formach wykonanych z pozostałości starych opon "jego ludzie" wykonują betonowe odlewy w kształcie połowy kuli o średnicy niecałego metra z licznymi otworami. John tworzy sztuczną rafę i robi doświadczenia nad uprawą korali. Zatopił już 1280 J takich elementów doprawadzając do całkowitego zniszczenia pokład swojej łodzi od szurania betonowymi klocami. Ok 50% z jego doświadczeń odniosło powodzenie więc jest zadowolony, szczególnie, że ma już zamówienie na swoje produkty z hotelu po drugiej stronie zatoki gdzie prawie nie ma korali, ale za to bywają klienci. Rozszerzył też swoje koralowe uprawy na podwodne małe platformy, platikowe kosze zawieszone na linach z podwodnymi bojami i inne blizej nie określone kostrukcje. Obserwuję z zaciekawieniem Rogatnicę znęcającą się nad jednym z poletek Johna. Zza sąsiedniego kosza patrzy na mnie z kolei ogromna barakuda, czekająca wyrażnie na darmowy posiłek. Mój przewodnik ma też inne pomysły - ostatnio, wraz z Chrisem kupili na targu w Manili 200 żywych rekinów, które przetransportowali samolotem do Gen San (1,5h lotu odrzutowcem) a następnie wpuścili do zatoki, w porcie rybnym robiąc niezwykłe zamieszanie, a zarazem ogromną akcję informacyjną dla lokalnych rybaków. Mówi, że to był niestety jedyny raz kiedy widział rekiny w zatoce, ale jak dodaje warto było no bo "a nuż wrócą" ? Ja zamuje się oglądaniem, żółwi a John coraz bardziej przypomina samotnego krzyżowca - wynalazł gdzieś zardzewiałą stalową rurę o długości jakichś 7-8 metrów z którą jak Don Kichot z dzidą płynie na przód zberając jednocześnie wszelkie napotkane śmieci do wielkiej siatki. Przy jackecie ma jeszcze przyczepione karabinkiem tajemnicze plastikowe grabie. Jak mi wytłumaczył w ten sposób oczyszcza rafę ze szkodników - zagląda pod każdy koral talerzowy i wyciąga spod wielu "korony cierniowe" rodzaj pasażytniczych rozgwiazd, które niszczą korale. W czasie każdego z naszych nurkowań w jego worku było conajmniej 10 wygrabionych stworów. Pytam, go czy w ten sposób zbawi świat - dowiaduje się, że właśnie to go martwi i dlatego ogłasza zawody zbierania koron cierniowych wśród bezrobotnych lokalesów, płacąc mniej więc 5 polskich groszy za sztukę. Efekty są jak mówi imponujące, początkowo bywało maksymalnie sto sztuk, ale wyrażnie uczą się freedivingu bo teraz wyniki potrafią dochodzić do 1200 dziennie. Bez komentarza.
Kolejny dzień. Spotkaliśmy się z Johnem o 5:30 rano, chce pokazać mi swoją pracę. Szybki przejazd przez bramę portu rybnego i znajdujemy się wprost przy ławach obitych blachą, na których odbywa się handel. Niewysocy Filipińczycy dzwigają ogromne ryby wprost na ramieniu, podrzymując przez kawałek papieru albo czegokolwiek by ochronić się przed ukłuciami ostrych płetw. Ryba wieszana jest na wadze sprężynowej za sznur okalający płetwę ogonową następnie przebiega proces prostej rejestracji, służacy naliczeniu opłaty targowej. John poucza mnie, że młody tuńczyk rośnie ok 1kg miesięcznie, potem do 2kg. Te najsmaczniejsze mają 50-70 kg czyli 3-4 letnie. Sztuka biznesu polega na wybraniu ryb pierwszej klasy, zwłaszcza gdy ma specjalnego klienta, tak jak dzisiaj. Szuka ryb, które mają "wyglądające na żywe oczy, sprężyste karki i jędrne mięso o jaskrawej barwie". W tym celu wbija cienką rurę z prętem w środku w kark ryby, a następnie wyciska zawartość na rękę. To pierwsza ocena, czy ryba nie ma ciemnych przebarwień zakrzepniętej krwi świadczących o powolnej śmierci lub zbyt długim przechowywaniu. Dobra ryba jest odławiana wyłącznie tradycyjną metodą na haczyk z błystką i powinna spędzić nie więcej niż kilka godzin w lodowej skrzyni na pokładzie. Na takie jest popyt w Japonii, USA, oraz Szwajcarii dokąd eksportuje je firma Johna. Biznes z resztą Europy nijak się nie układa, unijne przepisy są tak restrykcyjne że opłaca się eksportowac wyłącznie filety, co oznacza bardziej złożoną przeróbkę, znacząco wyższe ceny i nieporywnywalną utratę świerzości. Dzisiaj John organizuje wysyłkę 1200kg ryby, to oznacza 25-35 wypatroszonych tusz. Jego ludzie uwijają się jak w ukropie, mają maksymalnie godzinę czasu na dobicie targów i zakończenie zakupów. John nie jest zadowolony, wiele ryb ma mleczne oczy i nie dostetecznie sprężyste tusze. To oznacza, że były złowione przed północą a już jest po szóstej. Opowiada, że pojawia się coraz więcej ryb łowionych o zgrozo sieciami, zwłaszcza nielegalnie na wodach indonezyjskich na północ od Papui. Te zwykle małe tuńczyki przechowywane są przez kilka dni na łodziach, mają śmieciową wartość i większość z nich zostanie wyrzucona na śmietnik, podobnie jak przypadkowo złapane rekiny i tony ryby rafowej. Ten codzienny proceder powoduje że ryba nie zdąży urosnąć. Na Filipinach nie istnieje żaden poziom respektowania prawa w odniesiemiu do rybaków, którzy z jednej strony próbują z czegoś wyżyć a z dugiej kończą już podcinać gałąź na której siedzą. Widzimy ogromną rybę Moonfish, która powędruje do ekskluzywnej restauracji w Chinach albo Japonii i położona na lodzie będzie służyła wyłącznie w celach dekoracyjnych dopóki nie zacznie śmierdzieć. Setki skrzynek z maleńką rybą, których zapewne nikt nie kupi bulwersują zarówno Johna jak i mnie.
Nie bardzo rozumiem co się dzieję, targ zaczyna pustoszeć, a John zaczyna prowadzić rozmowy w lokalnym narzeczu z dwoma bardzo chińsko wyglądającymi gośćmi w garniturach i gumowcach. Po chwili tłumaczy mi, że to są gracze uprawiający hazard na rybach. Dobili własnie targu polegającego na tym, że John kupi od nich ryby jako od pośredników o 12% drożej niż sprzedaje je obecny własciciel, ale będzie miał prawo wyboru sztuk po rozkrojeniu. Jeśli ryba jest doskonałej jakości Chińczycy zarobią, jeśli ryba okaże się starawa będą musieli szukać innego kupca. Czas bardzo szybko ucieka, ludzie Johna mają już przygotowaną całą "ścieżkę produkcyjną" na prymitywnych stołach. Wykrawane z niezwykłą wprawą cieniutkie próbki z części grzbietowych lądują na białej tablicy, gdzie podpisano je numerami zgodnymi z przyczepionymi do ryb na prędce metkami. Każda zaakceptowana wprawnym okiem szefa sztuka, ma odrąbywna w locie głowę i jest natychmiast patroszona a w ciągu kolejnych kilku minut wyszorowana, w sześciu zbiornikach z coraz cześciejszą lodową wodą. Ryba podawana praktycznie z rąk do rąk zawijana jest w piankową otulinę i worek folowy. Dookoła zawoju wciskane są opakowane folią i gąbkową wykładziną płaskie bloki suchego lodu. Całość ląduje chwilę potem w piankowym całunie powleczonym srebrną metaliczną powłoką a następnie po starannym zaklejeniu, w kartonowej trumnie wyłożonej 2cm styropianem. Przed zamnknięciem jeszcze uzupełnienie powierzchniowe suchym lodem, który zapewni zarówno chłód jak i wyprze jakiekolwiek powietrze powodujące ciemnienie mięsa. Jest 7:30, powstała już lista załadunku, dokumenty celne, a trzydzieści dwa starannie opisane kartony leżą w ciężarówce, która prawie na sygnale rusza na lotnisko jak codzień. Ma nieco ponad godzinę do odlotu samolotu a jeszcze trzeba załatwić wszelkie formalności cargo. Jak się dowiaduję Japończycy zjedzą całą przesyłkę jeszcze tego samego dnia, a odleglejsi klienci w maksymalnie w 24 godziny. John handluje z hurtowniami, ale jak mówi w dobie internetu coraz częściej trafia do odbiorców końcowych. Tym bardzo ważnym klientem z dzisiaj okazuje się być dwór księcia Lichtensteinu. John skończył już pracę na dzisiaj, jeszcze około godziny zajmie mu wypłata akordowych zarobków "od kilograma" a potem może już iść nurkować albo zająć się tworzeniem ekosystemu na swoją jakże nie pasującą do otoczenia modłę.
|