|
Na Biak przyleciałam późnym popołudniem, lotem z Jayapury i po dorwaniu lokalnego taksówkarza dotarłam do hotelu w kilka minut. Wyspa jest dosyć duża, ale życie koncentruje się na południowym wybrzeżu, gdzie znajduje się przystań i miasteczko Kota Biak. Jak na całej Papui, ma się wrażenie, ze czas płynie tu znacznie wolniej i zdobycze cywilizacji nie dotarły tu jeszcze w pełni.
Po zakwaterowaniu się w hotelu, określonym przez Lonely Planet jako bardzo wygodny, ponieważ ma ciepła wodę w łazience i klimatyzację, wyruszyłam do centrum nurkowego. Po kilkunastominutowym spacerze z nosem przy mapie nie udało mi się odnaleźć niczego, co choć w przybliżeniu przypominałoby takie miejsce; również ludzie napotkani po drodze nie umieli odpowiedzieć, gdzie coś tak tajemniczego jak Biak Diving możne się znajdować. Na Papui biała twarz wzbudza zainteresowanie, nikt nie przechodzi obojętnie, wiec ludzie naprawdę chcieli mi pomoc, ale się nie udało i wróciłam do hotelu.
Wtedy jeden z pracowników hotelu zaproponował, że mnie podwiezie, bo wie, gdzie to centrum nurkowe się znajduje. Wsiadłam jako pasażer na jego czerwony, wypasiony skuter i pojechaliśmy. Okazało się, że chłopak zna wyspę, ale to wszystko i że chyba po prostu chciał się pokazać z białą kobietą wiec jeździliśmy dobre 20 minut po okolicznych uliczkach, aż ja wreszcie zauważyłam na jednym z domostw namalowana mała nurkowa flagę.
W środku zastałam niemówiącego ni w ząb po angielsku Papuasa, który podał mi dwie ulotki i cenniki natychmiast zatelefonował do szefa. Ten przekazał, że spotka się ze mną w moim hotelu za 2 godziny. Szef okazał się tubylcem, który kiedyś pracował w jakimś centrum nurkowym w Manado (Bunaken) i teraz wrócił w rodzinne strony i został jedynym organizatorem nurkowań na Biaku. Cena dnia nurkowego była wysoka: 170 USD za 2 zanurzenia, ale nie było nikogo innego chętnego i musiano dla mnie wynająć łódź. Zaryzykowałam i umówiłam się na nurkowanie następnego dnia.
Rano Papuas przyjechał po mnie rozklekotanym mini busem – typową tutejszą taksówką i pojechaliśmy ok. 40 minut do przystani, z której bliżej było na nurkowisko (1h płynięcia). Załoga, składająca się ze skippera, chłopca okrętowego i mojego podwodnego przewodnika przepakowała sprzęt do łodzi, przypominającej filipińską bankę, tylko węższą, mająca nie więcej niż metr szerokości i około 4 metrów długości. Boczne pływaki umożliwiały temu pojazdowi utrzymać się na wodzie. Wsiadając na łódź nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że biorę udział w "Spływie na Bele Czym", organizowanym corocznie w Polsce. “Nasza” banka była jednak najlepsza w całym porcie, bo posiadała nadbudówkę – taki mini domek, dający schronienie od słońca i nieco wygody, jeśli to w ogóle możliwe na tego typu jednostce pływającej. Po godzinie dotarliśmy do pierwszego nurkowiska.
Ocean był Spokojny – już wiem, skąd jego nazwa - co mnie ucieszyło, ponieważ nie wiem jaką nasze "bele co" miałoby stabilność na falach. Większość nurkowisk nie ma nawet nazw, nie mówiąc już o mapach.
Bo briefingu, który był raczej pytaniem: "no to jak, nurkujemy madam?" wskoczyłam do wody. Płynęliśmy wewnątrz pięknego atolu, który pod wodą był ścianą pokrytą koralowcami. Prawie pionowo opadająca w dół, porośnięta różnokolorowymi formami: od czarnych, przez zielone, pomarańczowe, różowe, czerwone do żółtych. W głębi widziałam cienie w sumie 3 blacktipow, 1 żółwia, płaszczkę, kilka napoleonów, mała ławice jackfishy, snappery i różnokolorowe ryby rafowe. W 30 stopniach, widoczności ponad 25 metrowej i przy całkowitym braku prądu, nurkowanie było przyjemne, lekkie i latwe.
Drugie zanurzenie, w części wewnętrznej atolu, rozpoczęło się bardzo ciekawie wejściem przez dziurę w rafie, która rozszerzyła się w dosyć spory wąwóz, długości około 50 metrów, ze ścianami pionowo opadającymi w głębię poniżej granicy widoczności (będącej tutaj na poziomie 25 metrów). Ściany pokryte osadem, prawie gołe, o fantastycznych kształtach. Gdzieniegdzie wąwóz łączył się jakby kamiennym mostem wiszącym nad przepaścią. Słońce wdzierające się od powierzchni przepięknie oświetlało miejsce tak, że latarka nie była potrzebna. Wąwóz miał jedną dużą pieczarę, do której można było wpłynąć, co natychmiast zrobiłam, nie czekając na mojego przewodnika (który z resztą nie miał nawet latarki). Ściany pieczary przypominały wystające na rożnych głębokościach półokrągłe polki, przez dosyć szerokie przejście można było przepłynąć do mniejszej, sąsiedniej pieczary. Skały wyglądały jakby ktoś je odlał z formy, chcąc utworzyć okrągłe okna, drzwi i półki. Dalej wąwóz rozszerzał się i dalsza część nurkowania odbyła się przy ścianie, również bardzo zróżnicowanej, pełnej przepływów, nawisów i małych szczelin i pieczar. Jak już wspomniałam, przewodnik nie posiadał własnej latarki (nie miał nawet komputera), wiec wszystko, co widziałam, znajdowałam sama: kilka ładnych ślimaków nagoskrzelnych, miedzy innymi jeden z moich ulubionych: zielono czarny, sporo malutkich rogatnic i kolorowych rybek rafowych. Widziałam tu też przedziwne koralowce, w kolorze niebieskoszarym, przypominające cierniste krzewy. Przepływając obok czułam się jak w zaczarowanym lesie. To nurkowisko zdecydowanie polecam dla krajobrazów. Znowu 30 stopni ciepła woda, brak prądu i dobra widoczność.
Organizator nurkowań na Biaku nie zapewnia żadnych zabezpieczeń: nie ma tlenu, apteczki, nawet narzędzi. Mimo, ze nurkowiska są proste, polecałabym je nurkom posiadającym umiejętności ratownicze i opływanym, ponieważ przewodnik poza tym, ze umie nurkować, nie zapewni opieki pod woda mniej doświadczonym osobom. Sprzęt oferowany do wypożyczenia jest stary i wysłużony, trudno stwierdzić, czy serwisowany. Wybierając się w te strony polecam wzięcie własnego automatu.
|