Polish (Poland)

Nasz profil na Facebook

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Rezerwuj Hotel

Lokalozacja:
Szukaj hotelu / lokalizacji :
Przyjazd
Wyjazd
Pobyt:

dorośli / dzieci :

Newsletter

Blog - subskrybcja


1Przewodnik Tajlandia
2Przewodnik Phuket
3opisy łodzi
4Pakiety wakacyjne Tajlandia
5Wycieczki fakultatywne
6Opisy nurkowisk
7Nurkowania lokalne
8Kursy nurkowania
9Safari nurkowe
10blog
11Wyprawy nurkowe
12Wyprawy kalendarz
13Nurkowiska Tajlandia
14Nurkowiska Indonezja
15Nurkowiska Filipiny
16Nurkowiska Malezja
17Nurkowiska Birma
VMN_SUBSCRIBE
Wypisz



Poza nurkowaniem pasjonują mnie:
 

Kursy walut

Sonda - przydatność informacji

Czy informacje na naszej stronie są przydatne ?
 
Nurkowanie na Filipinach - wyprawa przez Mindoro w poszukiwaniu nurkowisk PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Pitel   
wtorek, 30 czerwca 2009 16:39
Rzeczywistość okazała się być daleka od mojego planu który zakładał przejazd z San Jose zachodnim wybrzeżem Mindoro , nurkowania po drodze i zakończenie trasy w Puerto Galera, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Pierwszym problemem okazał się termin - druga połowa czerwca czyli czas cyklonów... Ale po kolei. Wylądowałem w San Jose zaraz po świcie i chwilę potem szczęśliwy siedziałem w roklekotanym autobusie który właśnie odjeżdżał. 100km odcinek do Sablayan zajął niecałe 5 godzin podróży rozlatującym się pojazdem. Posiadając umiejętność snu w każdych warunkach nie wycierpiałem wiele. Moje dupsko wyobijane na drewnianej ławce na niewyobrażalnych wybojach trochę bardziej, ale co tam, w końcu jechałem odwiedzić nowe nurkowiska. W Sablayan dotarłem do portu aby przeprawić się na wyspę Pandan i tu zrobiło się nieciekawie - morze przypominało do złudzenia Bałtyk w listopadzie, było brązowo białe a wiatr zrywał słone fale wprost w oczy. Nie znalazłem śmiałka który zdecydowałby się przewieźć mniie na wyspę pomimo że zajmuje to podobno zaledwie 10 minut w normalnych warunkach. Pomyślałem trudno, pojade do Puerto Galera i odwiedzę wymarzoną wyspę Verde. Kolejne zdziwienie nastapiło na „terminalu autobusowym" gdzie dowiedziałem się że pogoda jest tak zła że autobus nie pojedzie do Puerto wogóle przez najbliższe kilka dni. Jeszcze nie do końca rozumiałem jak pogoda może wpływać na ruch kołowy. Teoretycznie mogłem pojechać w do innego portu na północ wyspy, przeprawić się łodzią do Batangas i z powrotem wrócić do Puerto Galera co jest dość zabawne bo odległości na wyspie Mindoro sa naprawdę niewielkie, ale zaapceptowałbym to. Od kierowcy dowiedziałem się że mój pomysł nie jest dobry bo właśnie ogloszono drugi stopień zagrożenia tajfunem i żadna łódź nie wyjdzie w morze - ups. Dopiero teraz dotarło do mnie że od kilku godzin trwa oberwanie chmury co nie jest wprawdzie dokuczliwie w ciepłym klimacie ale tajfun nie brzmial dobrze. Posłuchałem rad tubylców i z podkulonym ogonem postanowiłem wracać podobnie wygodnym środkiem transportu na południe, gdzie przynajmniej jest lotnisko. Nie miałem już siły spać więć oglądałem z zaciekawieniem pasażerów siedzących pod parasolami w autobusie. Tak bardzo padało, a że pojazd ciekł jak durszlak to już inna sprawa. Pasażerowie patrzyli obojętnym wzrokiem na moją głupkowato ubawioną minę, która jednak zgasła po kilku godzinach gdy stanęliśmy przed rwącym potokiem przetaczającym się przez drogę. Obserwowałem z coraz większym niepokojem kawową rzekę i tubylców próbujących pokonać ją na piechotę brodząc po piersi w nurcie. Kierowca powiedzial że czekamy aż woda opadnie, co nastąpi „może jutro" Dawało to wiele do myślenia, zwłaszcza że staliśmy w krzakach nawet bez najmniejszego sklepiku z czymś do picia a ja musiałem wracać na Phuket gdzie miałem umówiony kurs. Obserwująć tubylców i wzbierjącą wodę podjąłem decyzję - zawiązałem paszport, laptopa i apart w reklamówce, rozebrałem sie do slipek, ubrałem plecak na plecy i naprzód. Ubawione tym razem moim przedsatwieniem twarze współpasażerów, skamieniały jednak gdy poszedłem w kierunku wody. Dostałem wiele ostrzeżeń że powinienem zostać i że przechodzenie przez nurt jest ekstremalnie niebezpiecznie. Eeee co tam, pomyślałem Filipińczycy są niźsi, nie umieją pływać i dają rade to ja też dam. Znalazłem odpowiedni jak mi się wydawało kij do podpierania i sądowania dna i wyruszyłem przez ścianę deszczu czując że jeśli zostanę kolejny kwadrans to utknę tu na dobre. Prąd był rwący ale szedłem po bitym podłożu drogi i nie było źle, tylko od czasu do czasu płynące liście zatrzymywały się wokół mnie i wówczas prąd chciał mnie przewrócić. Dołączyła do mnie grupa lokalesów i po kilkunastu minutach pokonaliśmy strumień, którego jednak za skarby świata nie chciałbym przechodzić jeszcze raz. Przed nami małe wzniesienie, i tu nieco zbladłem, moim oczom ukazał się widok rozlanej szalejącej rzeki, miałem wybór,  narzód - dwa razy po conajmniej 500m w silnym prądzie albo wracać. Poszedłem za tubylcami. Nie było wcale śmiesznie, mimo że widzieliśmy już drugi brzeg i gromady ludzi, którzy utknęli w pojazdach jadących w przeciwnym kierunku. Wody było po piersi, plecak ciążył mi niemiłosiernie i z całym wysiłkiem opierałem się na kiju żeby nie dać się porwac prądowi. Z nurtem płynęły już konary i całe pnie drzew, palmy bananowe itp. Uderzenie takim czymś napewno spowodowałoby że prąd uniósł by mnie typhoonze sobą co nie było ciekawe nie tylko z perspektywy paszportu i laptopa ale ciężkiego plecaka i wirów o nieokreslonej głębokości. Mężczyźni wchodzili w wodę i zawracali, a ja grzecznie za nimi. Czasem krzyczeli żebym uważał albo zawrócił, słuchałem. W końcu znaleźli bród - kilku prawie przebiegło, z niezwykłą zwinnością. Kazali mi zdjąć buty - bałem się iść po mulistym dnie bez ochrony i odmówiłem. Chwilę potem chłopcy złapali mojego jednego i drugiego crocksa porwanego przez prąd. Pochylony maksymalnie w pasie żeby nie moczyć za bardzo pleacaka i stawiać opór niezwykłej sile wody mozlonie posuwałem się naprzód. Ktoś krzyknął do mnie - mam na imię Al, idz za mną. Lawirowaliśmy dziwacznie, nie miałem już sił, chciałem odpocząc na chwilę oparty na kiju, ale on ale on miał cholerną rację, gdy krzyczał - no stop, keep moving, faster faster. Woda podnosiła się z minuty na minutę a my byliśmy zaledwie w połowie pierwszego nurtu. Stanąłem i poczułem że nie dam rady, musiałem odpocząc. W jednej chwili poczułem że zaraz mnie porwie, że gdy stoję jest gorzej! Ruszyłem i wspaniale dopingowany przez chłopaka, który czekał na mnie cierpliwie, dotarłem po 45 minutach skrajnie wykończony na drugi brzeg. Tłum witał naszą grupę z okrzykami i usmiechami zwłaszcza ze strony płci pieknej J Kupiłem Alowi litrową butelkę ryżowego wina za trzy dolary a jego oczy powiedziały mi że za kolejną może nawet zanieść mnie z powrotem na rękach. Dalszą część zalanej drogi pokonałem jako pasażer z synem sklepikarza, na motorze, ubrany w worek na śmieci i przypominający gąbke plecak. Kompletnie przemoczonym wpadającym po osie w zalane dziury drogi, udało nam się pokonać dystans 40 km w niecałe trzy godziny. Znalazłem hotel, byłem daleko od rzeki, byłem bezpieczny. W kafejce przeczytałem że to tropikalny sztorm Feria nawiedził właśnie Filipiny (największe zółte pole z epicentrum nad zachodnim Mindoro i rafą Apo zaznaczone na czerwono). Nie zmienia to faktu że był to zaledwie drugi z czterech stopni ostrzeżenia przez tajfunami. Trzeci oznacza zalecenie natychmiastowej ewakuacji, a czwarty że jest już za późno i ewakuacja jest odwołana. Corocznie w porze deszczowej zdarza się kilka do kilkunastu trzecich stopni i zwykle kilka czwartych. Uważajcie na czas Tajfunów planując podróże po Filipinach.
Poprawiony ( niedziela, 13 września 2009 16:31 )
 

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz: