|
Początkowy plan był taki, żeby najpierw dotrzeć na Palau Weh na nurkowanie a następnie nad jezioro Toba, którego niesamowita historia będzie opisana w dalszej części relacji.
Po wyniknięciu problemów z wizą i zmianie lotów zmieniliśmy plany, postanawiając najpierw zobaczyć jezioro i wulkan.
Kupiliśmy bilety lotnicze relacji Phuket - Kulala Lulmpur i Kuala Lumpur - Banda Aceh. Po wylądowaniu w KL, podczas odprawy na Sumatrę okazało się jednak, że BA jest jednynym międzynarodowym lotniskiem w Indonezji, gdzie nie da się uzyskać wizy przy wjeździe. Zdenerwowaliśmy się tą wiadomością, ponieważ ja wcześniej dzwoniłam do lokalnego biura Air Asia i jakiś Taj potwierdził mi, że w BA wizy otrzymamy. Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy do kompetentnego urzędnika, który doprowadził do zwrotu zakupionych biletów do Bandar Aceh i wpisania nas na listę rezerwową na lot na Medan - stolicę Sumatry, kilkumilionową metropolię, skąd mogliśmy kontynuować naszą podróż, zaopatrzeni w wizy indonezyjskie.
Przez chwilę rozważaliśmy, czy w ogóle nie zmienić planów i nie polecieć nad morze Celebes, do Mandao w Malezji. Piotr zadał pytanie panu w okienku, czy nie mógłby sprawdzić, czy jeśli do Medan nie ma miejsc, to czy może znajdzie się lot do Mandao? Facet spojrzał na niego takim wzrokiem, że o mało nie wybuchnęliśmy śmiechem. Pewnie pomyślał, że jesteśmy kompletnie ześwirowani, gdyż po tym, jak się okazało, że na lot 1,5 tys km na wschód nie ma miejsc, zdecydowaliśmy się lecieć 3 tys km na zachód... Nieśmiało próbował nam wyjaśnić, że fakt podobnego brzmienia obu miast nie dowodzi, że są one położone blisko siebie. J Ostatecznie zarzuciliśmy plany Celebesu tym razem, trochę ze względu na koszt przelotu, a trochę na brak sezonu w tym czasie w docelowym rejonie.
Byliśmy trochę zdenerwowani, ale przygotowaliśmy prawdziwe plany awaryjne na wypadek pozostania w KL i mimo delikatnej adrenaliny i kilkugodzinnego czekania oboje byliśmy w świetnych humorach. Okazało się, że 2 miejsca się znalazły, więc w tym samym okienku odprawiliśmy się i przebiegliśmy wszystkie odprawy, żeby zdążyć na boarding. Z językami na brodzie wpadliśmy do poczekalni, gdzie okazało się, ze nasz lot będzie nieco opóźniony i możemy trochę odpocząć. W międzyczasie obserwowaliśmy rozterki rodziny, w której ojciec się gdzieś zapodział. Lecieli wszyscy na Bali: matka, 2 dorosłych synów i ojciec, który gdzieś się zawieruszył - być może wsiadł razem z długonogimi Chinkami do samolotu do Hong-Kongu, który odleciał przed kwadransem?
Gdy na tablicy pojawił się napis „AK 454 Medan", ustawiliśmy się w kolejce i wreszcie polecieliśmy.
Po przylocie na lotnisko o nazwie „Polonia", załatwiliśmy formalności wizowe, co trwało 5 minut i kosztowało 20USD, spryskano nas środkiem odkażającym, wypełniliśmy deklaracje wizowe i zdrowotne i zostaliśmy wpuszczeni na teren kraju. Przepłacając kilkukrotnie za taksówkę (kosztowała 4,5 USD i postanowiliśmy się nie targować) dotarliśmy do biura turystycznego i guest house'u polecanego w Lonely Planet, gdzie dowiedzieliśmy się, że mini bus do Parapat odjeżdża dopiero nazajutrz rano. Była 18 i chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z Medanu - jesli ktoś był w azjatyckim mieście takim jak Manila, Cebu, Jakarta - zrozumie dlaczego. Dotarliśmy na dworzec autobusowy, gdzie ominęliśmy naciągaczy i trafiliśmy na autobus rejsowy do Parapat, ktory odjeżdżał za pół godziny. Byliśmy głodni, zmęczeni ale woleliśmy wsiąść do tego autobusu, niż zostać w Medanie.
Autobus nie był oczywiście wyposażony w klimatyzację ani wiatraki; jako wentylacja służyły mu uchylane okna. Gdy stał, robiło się bardzo gorąco, a wrażenie duszności potęgował dym z papierosów palonych przez pasażerów podczas jazdy.
Zamiast 4 godzin jechaliśmy 5,5, ponieważ trafiliśmy na korki spowodowane jakimś zwężeniem drogi.
W Parapat udaliśmy się do pierwszego napotkanego hotelu i wybraliśmy pokój Executive Deluxe, który na wyposażeniu miał łazienkę z ciepłą wodą i podwójne łóżko oraz telewizor. Zasnęliśmy natychmiast; nad ranem obudził nas odgłos ciągniętego za ogon kota, który okazał się wołaniem z pobliskiego meczetu na modły o świcie. Chwilę potem zawtórowały im prawdziwe koty i tak już było do śniadania.
Posileni niezbyt smacznym smażonym ryżem i wczorajszym sadzonym jajkiem, popiwszy ciepłą Fantą bez gazu, która figurowała w menu jako „fresh orange juice", pojechaliśmy do portu. Tam podziwiałam odpierzacz do kury: bębęn od pralki typu Frania, z wkręconymi do środka śrubami, usuwał z świeżo ukatrupionych kur resztki piór i resztki życia.
Na Tuktuk szybko zostałam dziewczyną motorowca. Jak wyjaśnił mi Piotreczek, typowa dziewczyna motorowca jest cycatą blondynką, przyklejoną do pleców kierowcy. Robiłam co mogłam żeby zadowolić mojego kierowcę a jednocześnie umrzeć z przerażenia gdy pokonywaliśmy kolejny most z luźno ułożonych desek.. Na tej wyspie jest niewyobrażalna ilość kościołów i jeszcze większa, dzieci. Z każdej szkoły wybiegają stadnie efekty promocji kalendarzyka małżeńskiego.
 
Wieczorem zamarzyliśmy o kotlecie schabowym; co się udało częściowo spełnić; restauracja hotelowa serwowała zadziwiająco smaczne jedzenie.
Leniwe przedpołudnie kolejnego dnia spędziliśmy na czytaniu książek, pisaniu niniejszej relacji i ustaleniu, że nie jesteśmy w środku krateru, ale w środku kaldery. Nie udało nam się kupić biletów lotniczych relacji Medan - Banda Aceh, więc zdecydowaliśmy się na nocny autobus o standardzie Executive. Taksówkarz, który wiózł nas z Parapat do Medanu jechał o 1,5 godziny dłużej niż było to zaplanowane, w efekcie czego nasz autoubs nocny odjechał, zanim dotarliśmy na dworzec. Chcieliśmy ukatrupić kierowcę taksówki gołymi rękami, ale ten dał drapaka przy pierwszej okazji, gdy na chwilę odeszliśmy od jego samochodu w poszukiwaniu kogoś, kto łamanym angielskim zdołałby nam wytłumaczyć, jakie możliwości nam pozostały. Zaproponowano nam autobus odjeżdżający godzinę później; Piotrek opowiedział mi historię swoich podróży przez Filipiny, gdzie w autobusie razem z pasażerami jechały kury, co nie przyczyniło się do poprawy mojego humoru. Na szczęście autobus okazał się całkiem wygodny; siedzenia rozkładały się prawie do leżenia i nie pogardziłam nawet miękkim, różowym kocykiem.
Rano w Banda Aceh dopadł nas rój taksówkarzy, opeleciarzy, rikszarzy i przypadkowych przechodniów, dla których staliśmy się nadzieją na dobry zarobek. Wytargowaliśmy ostatecznie 2 USD, za które przejechaliśmy do portu czymś przypominającym motocykl z boczną przyczepką z ławeczką mieszczącą komfortowo 2 Azjatów i trochę mniej komfortowo 2 Polaków...
Prom w Ekonomi Klas kosztuje 6 USD i płynie 45 minut. Na wyspie natychmiast zgrupowaliśmy się z innymi białymi, wymuszając obniżenie ceny taksówki o połowę. Piotrek był bardzo przekonujący i już wkrótce został lokalnym informatorem , choć był tu też po raz pierwszy, przeczytał i zrozumiał porady z nieśmiertelnego Lonely Planet.
Piotrek dał mi prawo zadecydowania o miejscu, gdzie będziemy mieszkać przez kolejne 3 dni na wyspie. Standard zakwaterowania jest bardzo podstawowy: izba z materacem i wiatrakiem, a w łazience (poza bungalowem) brak ciepłej ( i jakiejkolwiek bieżącej) wody i toaleta typu „narciarka" oraz murowana wanna na wodę do spłukiwania toalety. Super luksusowe (bo z prywatną łazienką i bieżącą wodą) bungalowy należące do centrum nurkowego były już niestety zajęte, więc wybraliśmy domek stojący tuż obok „Zero Cafe", 100 metrów od centrum nurkowego i 5 metrów od brzegu morza. Nazwa „Zero Cafe" dobrze sugeruje wybór jedzenia i napojów, z resztą nie odróżniała się niczym od sąsiedniej „Cocos Cafe". Na niewielkie menu składały się jednak całkiem smaczne naleśniki z owocami, smażony ryż i makaron, kilka niejadalnych lokalnych potraw i frytki domowej roboty - ręcznie krojone, bardzo smaczne. Chciałam schudnąć na tym wyjeździe, ale się nie udało: na śniadanie naleśnik z bananem i czekoladą, na lunch pączki, na obiadokolację kurczak z frytkami J
3 dni nurkowe upłynęły szybko, więcej szczegółów na temat organizacji i podwodnego życia i nurkowania na Pulau Weh.
W niedzielę rano, w dniu naszej podróży do Kuala Lumpur, niczego nie zjedliśmy licząc, że mając w Banda Aceh ponad 4,5 godziny czekania na samolot, zdążymy zjeść późne śniadanie i poprawić wczesnym obiadem. Zapomnieliśmy jednak, że Banda Aceh, jako najbardziej restrykcyjna część muzułmańska w Indonezji, będzie podczas Ramadanu jeszcze bardziej restrykcyjna, zamykając wszelkie restauracje i jadłodajnie. Wobec powyższego postanowiliśmy się jak najszybciej dostać do międzynarodowego lotniska i tam coś zjeść. Nasze nadwątlone organizmy domagały się już paszy trawiennej, jednak okazało się, że jedyny snack bar jest na okres Ramadanu zamknięty. W małym sklepiku udało nam się kupić zbożowe ciastka (zapłaciliśmy za nie jak za zboże) i roztoczyliśmy marzenia o zupie rozpuszczalnej, jaką będzie można kupić w samolocie Air Asia. Kulala Lumpur - ostatni przystanek dzikiej wyprawy i pierwszy w cywilizowanym świecie, gdzie w słoneczne popołudnie, mimo Ramadanu, zjedliśmy po wielkim, wieprzowym ćwierćfunciaku z serem, jaki serwują w lotniskowym McDonalds'.
|