Wyjeżdżając do Doliny Baliem przygotowywałam się przede wszystkim na egzotyczne spotkanie z pierwotnymi plemionami, żyjącymi z dala od cywilizacji, dzikimi, niezależnymi, do końca nie poznanymi. Nie zawiodłam się pod tym względem, ale Dolina Baliem to również, a może przede wszystkim, fantastyczna wyprawa w góry.
Samolot spóźnił się tylko o 2 godziny i miał jedynie 1 międzylądowanie, co na warunki papuaskie jest dużym szczęściem. W ten sposób dotarliśmy do Jayapury, miasteczka będącego bazą wypadową do Doliny i ostatnią ostoją jako takiej cywilizacji. Następny samolot mieliśmy dopiero jutro wcześnie rano, więc zmuszeni byliśmy spędzić dzień w hotelu, który czasy swej świetności miał już dawno za sobą, ale panowała w nim atmosfera hotelu 4* z czasów PRL. Wystrojeni portierzy, wyobrusowane stoły w restauracji, nigdy nie czyszczony basen i pokoje pachnące stęchlizną – tak w skrócie można opisać miejsce naszego noclegu. Był to duży kontrast z cudowną wyspą Kri i postanowiliśmy złagodzić ból przebywania w tym miejscu ostatnią butelką żubrówki, która jakimś cudem ostała się w plecaku. Dostaliśmy też wspaniałą kolację z raków i dzięki temu poszliśmy spać w całkiem dobrych humorach.
Rano, przebrani w stroje trekkingowe, z plecakami, pojechaliśmy na lotnisko, aby przedostać się od Wameny, skąd samochodem zabrano nas na początek trasy w Dolinie. Tu przywitał nas Scorpio, na którego czekaliśmy dłuższą chwilę, ponieważ nie spodziewał się, że nasz samolot przyleci jedynie 30 minutowym opóźnieniem. Samoloty na Papui wykazują bowiem bardzo dużą punktualność w swoich spóźnieniach i odchylenia od normy są traktowane jak dziwny wyjątek.
Naszym pierwszym przystankiem był skansen, gdzie ludzie ubrani (a raczej rozebrani) tradycyjnie przywitali nas w swojej wiosce. Rząd malutkich chatynek, ustawionych w kształcie litery „U”. W centralnej części znajdowała się chata wodza, który trzymał w niej 200 letnią, uwędzoną mumię. Wędzenie, jak widać, jest sposobem konserwacji równie dobrym, co balsamowanie. Mumia zachowała kształt paznokci i sporo twarzy. Patrząc w oczodoły i szczękę wykrzywioną w ni to uśmiechu, ni to krzyku miałam nadzieję, że nieszczęśnika nie wędzono żywcem. Po wykonaniu serii zdjęć przyszła kolej na kupowanie pamiątek. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że podobne będziemy mogli nabyć w każdej wiosce, nie umieliśmy też się jeszcze skutecznie odpędzać od nachalnych sprzedawców, jeszcze nieśmiało rozdawaliśmy dzieciom cukierki a wodzowi papierosy. Jeszcze byliśmy nieco wstrząśnięci sposobem życia tutejszych plemion.
Po zakończeniu wizyty pojechaliśmy jeszcze na tutejszy targ, gdzie brudne, głodne dzieci, wymieszane z kurami, świniami i odpadkami bawiły się na dolnym piętrze targu, kolejny poziom stanowiły stoły zastawione owocami, warzywami i mięsem na sprzedaż, a z górnego wisiały na hakach ciała kacze, kurze, świńskie, przekąski, ozdoby, ubrania i wszystko, czego papuaska dusza może zapragnąć. Wydawało mi się, że jestem opatrzona z Azją i jej najbrudniejszymi i najsmutniejszymi zakątkami. Targowisko w Wamenie nadało tym doświadczeniom zupełnie nową perspektywę.
Wkrótce potem dojechaliśmy na skraj Doliny, skąd rozpoczynaliśmy wędrówkę. Ubraliśmy raźno nasze plecaki i ruszyliśmy pełni energii. Pierwsza przeszkoda – strumień bez mostu, który pokonywało się skacząc po wystających z wody głazach, uważając, by się nie przewrócić, następnie około 3 km asfaltowej drogi, z której nagle skręciliśmy na zbocze tak strome, że trudno mi było utrzymać równowagę z plecakiem. Przewodnik pokazał nam majaczący się w oddali szczyt i powiedział, że tam jest nasze miejsce na nocleg. Ja już po 20 minutach marszu pod bardzo stromą górę byłam zmęczona, więc z niejaką ulgą przyjęłam deszcz, który zaczął padać. Był bardzo orzeźwiający i na tyle drobny, że przeciwdeszczowe osłony na plecaki zupełnie wystarczyły, aby utrzymać nasze rzeczy suche.
Droga była wąska i kręta, czasem schodziła w dół, czasem w górę, czasem wzdłuż zbocza. Im dalej wchodziliśmy w dolinę, tym piękniej robiło się dookoła. Oszałamiająca zieleń we wszystkich odcieniach i coraz piękniejszy widok, gdyż wchodziliśmy wyżej i wyżej na szczyt. Dookoła góry porośnięte gdzieniegdzie dżunglą, gdzieniegdzie zagospodarowane przez ludzi jako tarasy uprawne. Po 2 godzinach zrobiliśmy sobie odpoczynek i to był moment, kiedy się poddałam i oddałam swój plecak tragarzowi. Po drodze na szczyt mijaliśmy małe potoczki, przez które wystarczyło przeskoczyć, lub większe rzeki, na ogół wyposażone w mosty. Chwilami ścieżka była szeroka na tyle, by iść w parze, a czasem szliśmy gęsiego, przedzierając się przez trawy i chaszcze.
Pogoda idealna do marszu – około 25 – 27 stopni, więc w krótkim rękawie, z polarem przerzuconym przez plecy, to pierwsze popołudnie, zwłaszcza po oddaniu plecaków, wydawało się prawie spacerem po Lasku Wolskim. Mniej więcej po 3,5h marszu, gdy słońce chylił się już ku zachodowi, dotarliśmy do wioski, gdzie miał się odbywać nasz pierwszy nocleg. Stanęłam jak wryta, gdy zobaczyłam śliczne, małe, okrągłe chatki kryte strzechą z liści palmowych, ścianami z wyplatanego bambusa, bez okien, za to z drzwiczkami tak małymi, że trzeba było kucnąć, by przez nie przejść do środka. Pomiędzy chatkami trawnik i ścieżki. Przewodnik wskazał nam „naszą” chatkę, w której wewnątrz znajdowała się jedynie duża moskitiera i bambusowe maty. Przewodnik powiedział nam, że przygotowanie kolacji dla nas potrwa około 2 godzin i w tym czasie możemy odpocząć po wędrówce, umyć się, pójść na spacer.
Tak, kąpiel była dużym wyzwaniem w tym miejscu. „Łazienka” była obudowanym strumieniem, które to miejsce niektórym służyło również za toaletę. Woda lodowata i ciemno w pomieszczeniu, niezbyt przyjemny zapach. Umyłam się zatem „po wersalsku”, przebrałam w czyste ubranie i wyszłam na spacer. Było już prawie całkiem ciemno, ale miałam ze sobą latarkę. We wszystkich domkach (z wyjątkiem naszego), palono wewnątrz ogniska, a dym przenikał przez okopcone dachy, miałam wrażenie, że te wszystkie domy się tlą przez cały czas. Zastanawiałam się, jak często taki dach staje w płomieniach... Wszystkim burczało już w brzuchu, ale moi współtowarzysze byli świetnie przygotowani, mieli swoje kubki i zapas zupek chińskich. Wzięliśmy to i poszliśmy do chatki nazwanej przez przewodnika kuchnią, gdzie mieliśmy za około godzinę zjeść kolację. Przez malutkie drzwiczki weszliśmy do środka. Było tu przyjemnie i miło. Na zewnątrz zerwał się dość duży deszcz, więc z przyjemnością usiedliśmy przy palenisku, które jednocześnie było jedynym źródłem światła. Oprócz naszego przewodnika i trzech tragarzy, w chacie przebywała jeszcze starsza kobieta ze swoim kilkuletnim dzieckiem, którzy siedzieli w kącie i przypatrywali się przygotowaniom do kolacji. Okazało się, że własne kubki są zupełnie niepotrzebne. Postawiono przed nami pełny zestaw naczyń i sztućców, serwetki, kawę, herbatę, cukier i mleko. Obok stał spory wybór sposób i przypraw, a nasz przewodnik gotował kilka potraw, które miały wejść w skład naszej kolacji. Byliśmy totalnie zaskoczeni, ponieważ spodziewaliśmy się raczej prostego, jednogarnkowego dania, a tymczasem dostaliśmy przepyszną warzywną zupę, kurczaka w cieście, ryż z warzywami, smażone mięso i chrupki krewetkowe na przekąskę. Podzieliliśmy się tym wszystkim z chłopcem i jego matką, którym nie trzeba było dwa razy powtarzać zaproszenia do jedzenia. Tragarzom i przewodnikowi nie bardzo się to podobało, ale nie mieli nic do powiedzenia w tej sprawie. W tym towarzystwie tylko my byliśmy biali.
Plemiona Dani, u których spędziliśmy pierwszą i drugą noc, zajmują się głównie uprawą słodkich ziemniaków – patatów, które traktują jak podstawowe pożywienie. Mięso drobiowe i wieprzowe je się tutaj tylko z okazji jakiegoś wielkiego święta; inne warzywa są uprawiane głównie w celu ich odsprzedaży na targu w Wamenie, więc menu Dani jest bardzo monotonne. Nasza zupa i mięso była na pewno dla chłopca i jego matki miłym urozmaiceniem. W wiosce to kobiety zajmują się większością prac – wychowują dzieci, przygotowują jedzenie i uprawiają rolę. Zadaniem mężczyzny jest dostarczenie drewna na opał i „opieka nad rodziną”, cokolwiek to miałoby znaczyć. W praktyce tyle, że mężczyźni nie robią prawie nic.
Większość mieszkańców ubiera się „normalnie” to znaczy w podkoszulki i spodnie, ale niektórzy mężczyźni pielęgnują tradycję i chodzą nago, jedynie z opaską na biodra, mającą na celu przytrzymanie koteka, drewnianej osłony na penisa, znacznie od niego dłuższej. Noszenie tego stroju/ozdoby, wymaga wiele wprawy i dlatego obecnie jest to sposób na życie tylko niektórych mężczyzn.
W czasie całej wyprawy widziałam tylko jednego młodego chłopca z kotekiem – to znak, że za kilkadziesiąt lat tradycyjni mężczyźni Dani będą dostępni jedynie jako figury woskowe w skansenie. Wielu mężczyzn nosi pióropusze, na swój sposób piękne, z kolorowych piór, najczęściej czerwonych lub białych, dodatkowo przyozdobionych kamieniami. Strój uzupełniony jest dodatkowo naszyjnikami oraz półokrągłą kością, wkładaną w środkowy płatek nosa. Dani wkłada kość tylko by pozować do zdjęcia i tylko upewniwszy się wcześniej, że dostanie więcej niż 1 papierosa jako zapłatę.
Po pierwszej nocy, tuż po świcie i zjedzeniu śniadania (jajecznica, boczek, chleb z masłem), spakowaliśmy się, oddaliśmy plecaki tragarzom i ruszyliśmy w dalszą drogę. Dziś planowaliśmy przejść ze szczytu w dolinę, tam na drugą stronę rzeki i znowu pod górę, gdzie mieliśmy zaplanowany nasz drugi nocleg. Dziś już nie padało, za to wyszło słońce i było wspaniale. Nie za gorąco, wciąż poniżej 30 stopni, mijaliśmy zapierające dech w piersiach góry, przechodziliśmy po wiszących mostach, odpoczywaliśmy przy strumieniach, przedzieraliśmy się gdzieniegdzie przez gęste zarośla, a raz nawet szliśmy wzdłuż błotnego strumienia, zapadając się w nim po kostki. Tu zdecydowanie trzeba mieć ze sobą buty trekkingowe; moje miejskie adidasy nie sprawdziły się zupełnie.
Po drodze wyprzedziła nas spora grupa tragarzy, niosących materiały budowlane niezbędne do postawienia jakiegoś murowanego domu. W takich mieszczą się jedynie kościoły i plebanie oraz szkoły. Rdzenni mieszkańcy żyją wyłącznie w chatach z „naturalnych” surowców: bambusa i liści palmowych. Podziwiałam mężczyzn niosących na plecach worki z cementem, cegły, rury, płachty blach falistej, oraz kobiety, objuczone nie mniej, a trzymające jeszcze dzieci na rękach. Ja niosłam wyłącznie butelkę z wodą i mały aparat fotograficzny, a i tak byłam zmęczona.
Po 8 godzinach marszu (wliczając przerwy na prosty posiłek i odpoczynek) dotarliśmy na inny szczyt, do kolejnej wioski, gdzie mieliśmy nocować. Była ona usytuowana na rozległym płaskowyżu, znacznie bardziej przestronna. Dostaliśmy też bardzo dużą chatę. Do zachodu słońca zostało jeszcze prawie 2 godziny, więc mieliśmy czas, żeby obejrzeć okoliczne wioski; zostaliśmy również zaproszeni do tradycyjnej chaty zamieszkałej przez mężczyzn noszących koteki. Nie mieszkają oni w chatach swoich żon na co dzień. Odwiedzają je tylko, a śpią razem w dwupoziomowym domostwie.
Chata, nie wyższa niż 2 metry, podzielona wewnątrz na dwa „piętra. Na dolnym palono ogień a na górnym urządzono sypialnię. Mężczyźni spali bez ubrania, na matach lub starych gazetach i nie ukrywali, że chętnie by przyjęli białe kobiety na gościnną noc. Nie byłyśmy taką propozycją zainteresowane i nie chodziło wyłącznie o owczy zapach, jaki wokół siebie roztaczali 
Mieliśmy również okazję obserwowania, w jaki sposób piecze się pataty. Kobiety układają ziemniaki na żarze, następnie obkładają je zielonymi liśćmi patatów oraz kilkoma warstwami siana i liści palmowych. Ziemniaki pieką się w czymś w rodzaju kopca, około 2 godzin. Na kolację je się ciepłe, a reszta zostaje na śniadanie i przekąskę w ciągu dnia. Wieczorem „gotowanie” rozpoczyna się od nowa. Bardzo rzadko Dani jedzą cokolwiek innego poza patatami. W jednej z chat poczęstowano nas również pieczonymi liśćmi, ale mimo najszczerszych chęci nie byliśmy w stanie ich przełknąć. Były gorzkie i łykowate. Pataty miały smak będący połączeniem ziemniaka i marchewki.
Zaraz po spacerze poszłam nad strumień, aby się wykąpać. Zrobiłam chyba niezłą sensację, bo chociaż pozostawałam w ręczniku, sam fakt chęci kąpieli po zaledwie dwóch dniach wędrówki wzbudzał zdziwienie połączone z politowaniem. Woda w strumieniu była lodowata, ale było znacznie przyjemniej niż w poprzedni wieczór w „łazience”, więc tym razem umyłam się na raty cała i przebrałam w czyste, suche ubranie, co natychmiast dodało mi energii.
Kolację zjedliśmy przy stole (tak, przy stole!) i przy świecach. Po tym, jak skończyliśmy, nasza obsługa zajęła się niedojedzonymi posiłkami i zrobiła sobie z nich prawdziwą ucztę. Zasnęłam jak dziecko, choć to chyba niezbyt dobre porównanie, bo mam dziecko i ono często wcale nie zasypia zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki. Ostatniego dnia mieliśmy do przejścia najdłuższy odcinek; szliśmy od wczesnego ranka do prawie do zmierzchu. Ostatnie 3 godziny ledwo szłam, bo bardzo przeszkadzały mi pęcherze na stopach. Jednak widoki zapierające dech wynagradzały te drobne niedogodności.
Po drodze rozdaliśmy resztę cukierków i papierosów, jakie mieliśmy ze sobą. Dobrze, że wiedzieliśmy o tym wcześniej i że wzięliśmy je ze sobą. Dzieci jadły wszystko co otrzymały; czemu się wcale nie dziwię, bo jak się je prawie wyłącznie pieczone pataty na śniadanie, obiad i kolację, to każda odmiana jest przyjemna. Ostatni strumień, ostatni wiszący most, ostatnie zejście z góry i przed nami ukazał się asfaltowa droga, która obiecywała, że za godzinę będziemy siedzieć w samochodzie. Ledwo przebierając nogami doczłapałam jakoś do celu, ledwo pokonując po kamieniach ten sam strumień bez mostu, który dwa i pół dnia temu niemal przefrunęłam z plecakiem. Marzyliśmy o gorącym prysznicu i zimnym piwie. Ten pierwszy okazał się całkiem realny; na realizację drugiego marzenia trzeba jednak było poczekać jeszcze jedną dobę, ponieważ w Wamenie jest całkowita prohibicja.
Prawie 100% bezrobocie spowodowałoby bowiem pijaństwo i burdy, więc zwalając całą odpowiedzialność na Koran, alkohol jest całkowicie niedostępny, nawet w hotelu dla turystów. Nazajutrz odlecieliśmy do Jayapury, która teraz wydawała nam się wielką metropolią. Mieliśmy w programie zwiedzanie kilku muzeów, ale zdecydowaliśmy się jedynie na wizytę w pływającej wiosce, gdzie mieszkańcy wytwarzają jedyne w swoim rodzaju obrazy na korze drzewa, specjalnie w tym celu preparowanej. Malunki okazały się tanie i ładne i każde z nas kupiło kilka na pamiątkę. Jayapurski przewodnik zabrał nas do lokalnej knajpki na obiadokolację, ale bardzo szybko udało nam się go namówić, żeby pójść na pizzę. Europejskie jedzenie, pierwszy raz od dwóch tygodni, smakowało wyśmienicie. Zamówiliśmy więcej niż mogliśmy zjeść i czuliśmy się świetnie.
 
Przeczytaj więcej: 7 dni w raju - pobyt na Raja Ampat oraz nurkowanie na Raja Ampat
|