|
Zimny wiatr przywitał nas na kapsztadzkim lotnisku. Przyzwyczajeni do tropikalnych temperatur, kilkanaście stopni Celsjusza odczuwaliśmy jako silny mróz. Basia, nasza lokalna przewodniczka i opiekunka, zabrała nas do małego, uroczego pensjonatu, gdzie w przytulnej jadalni zagrzaliśmy się przy kominku i wypilśmy gorącą herbatę. Po 31 godzinach w podróży, w tym 19,5 w samolocie, poszliśmy błyskawicznie spać. Reszta naszej grupy miała dolecieć następnego dnia rano.
Gosia spędziła noc ustawiwszy grzejnic tuż przy łóżku, przytulając się tak mocno do Piotra, jak za czasów w Polsce. Bardzo mu się to podobało; w Tajlandii można przytulić się do siebie tylko na chwilę, bo jest po prostu za gorąco.
Rano czekał na nas zapalony kominek i śniadanie bardzo przypominające nam Polskę: żółty ser, biały ser, ciepłe bułeczki, dżem domowej roboty. Temperatura za oknem, dochodząca rano do niecałych 10 stopni również sprawiała, że czuliśmy się jak w Polsce.
Zanim skończyliśmy śniadanie, przyjechała nasza grupa i niedługo później wsiedliśmy do busa i udaliśmy się w drogę na Górę Stołową. Pogoda nam szczęśliwie dopisała - piękne słońce, bezchmurna i bezmgielna pogoda.
Kupilśmy bilety przez internet, dzięki czemu uniknęliśmy długiej kolejki do kasy i już po kilku minutach wsiedliśmy do kolejki linowej (szwajcarskiej, oczywiście), która zabrała nas na szczyt wzgórza, skąd rozciągał się punkt widokowy na wszystkie okoliczne zatoki i doliny. Ubrałam się ciepło w polar i kurtkę oraz czapkę, więc nie bałam się wiatru i ze zdziwieniem patrzyłam na niektórych zwiedzających, odzianych w koszulki z krótkimi rękawami i klapki. Na górze spędziliśmy około godziny, spacerując po „blacie" Góry Stołowej. Z jednej strony widać było nowoczesną zatokę Waterfront, gdzie znajdują się urocze knajpki nad brzegiem morza, bardzo ładna plaża i nowo wybudowany stadion piłkarski. Z innej podziwialiśmy drogę na Przylądek Dobrej Nadziei, gdzie planowaliśmy się udać po południu. Zjechaliśmy kolejką w dół i pojechaliśmy do Waterfront na lunch.
Wymyśliliśmy z Piotrem, że na Przylądku usiądziemy sobie razem i będziemy pić wino, więc zaopatrzyliśmy się w dwie (na wszelki wypadek) butelki oraz ser i ruszyliśmy przepiękną drogą w stronę Przylądka. Trasa, wyryta w skale, dostarczała przepięknych widoków - z jednej strony strzelista góra, z drugiej stromy, granitowy klif i morze. Droga jak w starych włoskich filmach. Zatrzymaliśmy się w kilku miejscach, żeby zrobić zdjęcia i wkrótce dotarliśmy na teren parku Przylądka. W tym miejscu jest kilka punktów: wodkowy z latarnią morską, gdzie w górę podjechaliśmy kolejką szynową a w dół zeszliśmy spacerem, punkt wysunięty daleko w morze, gdzie po dużych granitowych głazach można dojść na urwisty brzeg i wsłuchiwać się w szum morza a także kawałek dalej samochodem do zatoki, w której osiedliły się pingwiny. Był to nasz ostatni przystanek tego popołudnia i towarzyszyliśmy pingwinom do zachodu słońca. Mamy z młodymi szykowały się własnie do snu, gdy zjadiwliśmy się jako niemile widziani goście. Ptaki bacznie nas obserwowały, a gdy próbowaliśmy bardziej się zbliżcyć, atakowały nas, dziobiąc lekko. Maluchy, częściowo jeszcze nieopierzone, pokryte ciemnoszarym puchem były ciekawe nas tak samo, jak my ich.
  
Kolacja w tym dniu zaplnowana była w lokalnym miasteczku zasiedlonym przez czarnych, tzw. „townshipie", nazywanym w niektórych, złych przewodnikach - slumsami. Nie są to slumsy, tylko osiedla mieszkalne; mające ulice, numerowane murowane domy infrastrukturę. W malutkiej restauracji przywitała nas ogromna Murzynka, zapraszając do spróbowania lokalnych przysmaków, między innymi głowy antylopy a jedznie umilała nam muzyka, wygrywana na drewnianych cymbałkach, saksofonie i bębnach. Dynamizm muzyki potwierdzał, jaki temperament, talent i świetne wyczucie rytmu mają czarni. W porównaniu z mało muzykalnymi Tajami, słuchanie lokalnej muzyki foklorystyczniej było przyjemne.
Różnica czasu powodowała, że około 21 lokalnego czasu ledwo utrzymywaliśmy otwarte oczy i mimo, że nam się podobało, marzyliśmy o położeniu się spać jak najszybciej.
Następnego dnia zwiedzaliśmy Kapsztad: muzeum poświęcone wydarzeniom z czasów apartheidu, „stare" miasto, które na pierwszy rzut oka nam się spodobało i gdzie planowaliśmy wrócić, gdy reszta grupy pojedzie na mecz. Poszliśmy też do parku - ogrodu botanicznego, a następnie skierowaliśmy się w stronę Waterfront, skąd było blisko na stadion - gdyż 5 z nas planowało miało bilety na mecz Niemcy - Argentyna. W tym dniu wszystkie drogi w Kapsztadzie prowadziły na stadion. Tłumy ludzi szły długim pochodem zewsząd w stronę stadionu. Ja i Piotrek chcieliśmy w drugą stronę, co okazywał się chwilami bardzo trudne. Z wyobrażeniem w głowach o lokalnych uroczych kafejkach, mieliśmy plan znaleźć jedną z nich i tam bezpiecznie przeczekać mecz. Jednak nasze wyobrażenia były dalekie od prawdy: wszelkie puby, które wcale nie były knajpkami ze stolikai ustawionym na brukowanym deptaku, tylko małymi pubumi, po brzegi wypełnionymi kibicami, którzy oglądali mecz na dużych telewizorach, znajdujących się w każdej z knajpek. Nie traciliśmy nadziei i przez półtorej godziny szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy usiąść. Te 1,5 godziny to nie ze względu na rozmiar „starego" miasta - my po prostu krążyliśmy tam i z powrotem a nasze oczekiwania względem knajpki malały z każdą minutą, w miarę, jak zmęczenie brało górę. Ostatecznie byliśmy gotowi usiąść nawet w „Fish&Chips", ale nawet tam nie było miejsca. Uliczki i kamienice mało interesujące, sklepy pozamykane (od soboty po południu do poniedziałku rano w centrum czynne są tylko puby i restauracje), więc znaleźliśmy kawiarnię („przepraszamy, ale kuchnia jest zamknięta. Podajemy tylko napoje") i tam jako jedyni klienci, usiedliśmy nad lampką wina i kubkiem czerwonej herbaty („Prosimy o czarną herbatę" „Czy to na pewno czarna? Bo smakuje jak czerwona Roiboos") i rozmawialiśmy o tym, że Kapsztad troszkę nas rozczarował jako miasto. Spotkanie z przyrodą - piękne, ale nie możemy potwierdzić urokliwości i czaru samego miasta. Nie wiem dlaczego stawia się go na równi z Barceloną czy Pragą.
Po przegranej Argentyny (4:0 dla Niemców) spotkaliśmy się z naszą grupką na kolacji, tym razem, kulturalnej w rozumieniu europejskim. Była to kolacja połączona z przedstawieniem - połączeniem kabaretu i pokazów akrobatycznych i tanecznych. Do przystawek podano chleb z chrupiącą skórką, który zjedliśmy prawie cały, nie dbając zupełnie o truflową pastę, tzatzki czy sałatkę grecką. Wypiliśmy, zgodnie z obietnicą daną sobie przed wyjazdem, nieprzyzwoitą ilość butelek wina i tak zakończył się drugi dzień w Mieście Przylądka.
Następny dzień zaczął sięgrubo przed świtem - dziś w planie spotkanie z żarłaczem białym. Piotrek od razu zaczął symulować chorobę, twierdząc że ma gorączkę, ukrywając w ten sposób strach przed rekinem. Trochę przestraszona wsiadłam na łódź i popłynęliśmy na pełne morze, gdzie załoga zrzuciła przynętę, a my przebieraliśmy się w pianki. Piotrek nie wchodził do wodyk, ale asystował mi przy ubieraniu suchego (nie mam wprawy) Cieszyłam się, że mam suchego, bo było zimno, a woda lodowata (16C). Do klatki wchodziło się po 5 osób; była ona w ¼ wysunięta nad powierzchnię wody, przywiązana do burty. Po wejściu do klatki staliśmy na specjalnym podeście i trzymaliśmy się uchwytu. Na znak skippera, który oberwował nadpłynięcie rekina z powierzchni zanurzaliśmy głowę pod wodę i oglądaliśmy rekina, który przypływał i odpływał. Był ogromny, dłuższy niż nasza 4 metrowa klatka i wyglądał dokładnie tak, jak człowiek wyobraża sobie groźnego rekina. Płynął majestatycznie i wolno, łypiąc na nas i zmieniając kierunek płynięcia tuż przed klatką. Moi współklatkowcy zapomnieli o tym, że trzęsą się z zimna (mieli na sobie cienkie, dziurawe pianki) a po kilku minutach i kilku spotkaniach z rekinem wyszliśmy z klatki by zrobić miejsce następnej grupie. Nie wszyscy mieli takie szczęście jak ja i moi koledzy z klatki. Następni spędzili w wodzie, dygocząc, 25 minut bez skutku. Kolejna grupa „naszych" też widziała żarłacza, ale nie tak długo i nie tyle razy, ile my. W końcu, gdy wszyscy już weszli i wyszli, skipper zawrócił łódź i wróciliśmy do portu. Było to ciekawe doświadczenie - oglądanie rekinów pod wodą, ale nie nurkowanie J
W drodze powrotnej zachwyciło nas małe miasteczko, które zbudowano w zatoce, słynnej z mieszkających w niej wielorybów. Przy nadbrzeżu zbudowano uroczy parki i pomenadę spacerową, a także hoteliki z widokiem na morze i mnóstwo knajpek, oferujących, jak się niedługo okazało, wspaniałe jedzenie. Spędziliśmy tam ponad godzinę, spacerując i jedząc; klimat był taki, jakiego szukaliśmy wcześniej w Kapsztadzie.
Popołudnie spędziliśmy w najpiękniejszej winnicy RPA w Sommerset, gdzie próbowaliśmy kilku gatunków wina, zagryzając kupionym na tę okoliczność serem. Zwiedziliśmy też destylarnię brandy, gdzie pokazano nam, jak ciekawego smaku nabiera ona po połączeniu jej w ustach z odpowiednio dobranym gatunkiem czekolady.
Na wieczór zaplanowaliśmy kolację w restauracji serwującej owoce morza; dokąd niestety ani ja ani Piotrek nie udaliśmy się ze względu na stan chorobowy, który trzeba było wyleżeć. Piotrek zaczął łykać antybiotyk i większość nocy gorączkował. Mam nadzieję, że się podleczy trochę i będzie mógł nurkować. Teraz lecimy do Durbanu, a stamtąd samochodem do Umkomaas, mając nadzieję na cieplejszą pogodę i super rekiny pod wodą. Lokalne linie Mango Airlines są odpowiednikiem naszych lokalnych Air Asia.
|